Fragment książki

Musiałem natychmiast wyjść z cmentarza, bo inaczej z pasją satanisty rzuciłbym się na te krzyże i widniejące na nich wizerunki Chrystusa.
– To ja już pójdę. Jestem trochę zmęczony.
– Tak, tak… – powiedziała.
Lewą ręką zgarnęła włosy z czoła. Patrzyła na mnie i dodała:
– To nie jest miejsce dla ciebie. Ty też masz własne krzyże. – Opuściła głowę.
Była prostą kobietą, lecz cechowało ją tyle godności, pokory wobec losu, że mogłaby nimi obdarować niejedną postać z „górnej półki” – ze świecznika.
Wymamrotałem po cichu jakąś modlitwę zakończoną znakiem krzyża, ale już w to nie wierzyłem. To było dla niej. Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem.
– Idź już, bo chyba przemarzłeś, a ja nie mam się gdzie spieszyć. I… odwiedź nas kiedyś.
Ruszyłem w stronę bramy. W uszach miałem to jedno zdanie: „Odwiedź nas kiedyś, odwiedź nas kiedyś”.
Brzmiało jak mantra, memento czy przeznaczenie. Diafonia słowna między prawdą a nadzieją, której nie było. Potrzebowałem w tej chwili jakiegoś spowiednika, ale nie duchownego. Zwyczajnego, prostego człowieka, żeby wypłakać się i wyrzucić z siebie ten ból, tu i teraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *